Zbrodnia i kara. A pamięć i ofiara?

Kilka uwag o procesie i straceniu Saddama Husajna.
Krzysztof Lalik


Proces Saddama Husajna toczył się przy dźwięku bomb i strzałów, a on, jak na ironię, został stracony, gdy cały świat przygotowywał się, by przy huku petard, sztucznych ogniu i otwieranych szampanów przywitać Nowy Rok. Ale nie tylko dlatego osądzanie Husajna zakończyło się nieco dziwnie i niespodziewanie. Również nie z powodu ostatecznego finału, bo nikt trzeźwo oceniający "dorobek" byłego prezydenta Iraku nie mógł mieć wątpliwości, jaka może go za to spotkać kara z rąk trybunału. Kontrowersje budzą okoliczności, w jakiej ją wymierzono. One to pozostawiają, wydaje mi się, u wielu poczucie niedosytu sprawiedliwości. Pragnę tutaj podzielić się kilkoma swoimi spostrzeżeniami na ten temat.

Pierwsza sprawa to fakt, że Husajna powieszono zanim zdążył on usłyszeć wyrok za inne swoje przestępstwa niż masakra 148 szyitów z wioski Dudżail, zwłaszcza w toczącym się od sierpnia zeszłego roku procesie o ludobójstwo Kurdów popełnione w czasie kampanii Anfal w latach 1987-88. Proces ten będzie się toczył dalej i choć ostateczny werdykt łatwy jest do odgadnięcia, to równie łato można przewidzieć, że ów proces bez głównego oskarżonego nie będzie już wzbudzał takiego zainteresowania światowych mediów jak do tej pory. To mniej więcej tak jakby obchodzić imieniny bez solenizanta. I z tego właśnie powodu śmierć Husajna, paradoksalnie, nie jest teraz najszczęśliwszą wiadomością dla Kurdów, których setki tysięcy zginęło z jego rozkazu i którzy przecież wielokrotnie skarżą się, że napotykają w świecie, również zachodnim, na różne przeszkody, by móc innym narodom i wielkim tego świata pokazać prawdziwy los swojego narodu, nieraz bardzo ciężko doświadczanego przez władze Iraku, Turcji, Syrii i Iranu. Przez swoje krótkie życie, jakie pozostałoby Husajnowi do zakończenia procesu o ludobójstwo Kurdów, mógł on się jeszcze mimowolnie przyczynić do głębszego zaznajomienia świata z bolesną historią Kurdów z Iraku. Jednak już nawet niechcąco nie uczyni tej przysługi Kurdom, ale w tym przypadku trudno mieć o to do niego pretensje - on już na proces, a tym bardziej na wyrok nie miał żadnego wpływu. (Tylekroć to on wyrokował o ludzkim życiu lub śmierci, a teraz inni zadecydowali o końcu jego dni.) I może być teraz tak, wbrew zwykłemu poczuciu sprawiedliwości dziejowej, że w wielu podręcznikach do historii będzie się podawać, że Saddam Husajn (1937-2006) został powieszony za masakrę 148 szyitów z Dudżail w zemście za próbę zamachu na życie dyktatora, a fakt zabójstwa prawie 200 tys. Kurdów zejdzie na dalszy plan i może się pojawiać sporadycznie, a przynajmniej będzie przesłanka ku temu, by niektóre władze oświatowe i media ów fakt pomijały milczeniem.

Druga niepokojąca sprawa to prawdopodobne tworzenie się legendy wokół Saddama w związku z tak pospiesznym i, chciałoby się powiedzieć potajemnym, jego straceniem. Irak bez Husajna istnieje już praktycznie od maja 2003 roku, a od grudnia 2003 roku wiadomo było, że nie jest on już groźny i doprawdy trudno znaleźć istotny powód do jego nagłego karania. Husajn był już nieszkodliwy, a jego pogróżki i oskarżenia sypane na sali rozpraw i przed kamerami niewiele szkód mogły już wyrządzić. Przypominały mi one pewną scenę, nie pamiętam już czy z książki czy z filmu. Otóż, w pewnej afrykańskiej wiosce dorosły lew wdarł się do stajni, w której mieszkańcy chowali bydło. Kilka zwierząt mocno poranił, a jedną krowę zabił, by ją pożreć. Ryk bydląt obudził śpiących strażników, którzy widząc, co zaszło, zaalarmowali innych mężczyzn i wszyscy z dzidami w rękach poszli i otoczyli stajnię. Nie czekali aż lew skończy swoją ucztę, ale weszli do środka i jeden z nich rzucił włócznię, która utkwiła między żebrami intruza. Wtedy lew wpadł w szał i groźnie rycząc próbował rzucić się na ludzi, ale cofał się, gdy tylko widział wymierzone w niego ostrza dzid, które co chwila zagłębiały się w jego ciele; jednak nie rzucano ich naraz, ale każdy z wojowników czekał na swoją kolej i osobiście zadawał cios zwierzęciu, jakby sam chciał pomścić zabitą krowę. W końcu lew zaczął uciekać, lecz nie miał dokąd, zewsząd otoczony, a jego chaotyczny bieg w kółko tylko ułatwił wojownikom dobicie drapieżnika. Podobnie Saddam krzyczał, porykiwał w trakcie rozpraw na swoich sędziów, prokuratorów i świadków, plącząc się nieraz w zeznaniach, czując zapewne, że nie ma dlań ratunku, ale i tak nikomu wielkiej krzywdy wyrządzić już nie mógł. Jedną różnicę warto odnotować przy tym porównaniu: Saddam miał większość możliwość kalkulacji swojej linii obrony, którą dość sprytnie wykorzystywał, kreując się na ofiarę polityki amerykańskiej i ojca narodu irackiego, o który troszczył się jak mógł, co swoją drogą na tle obecnego kryzysu bezpieczeństwa w Iraku mogło wydawać się przekonujące dla niejednego Irakijczyka.

Husajn był już od trzech lat nieszkodliwy, choć żywy i dlatego właśnie rozsądzenie jego zbrodni w konfrontacji z nim samym, a nie jego legendą lepiej przysłużyłoby się oddaniu sprawiedliwości ich ofiarom. Teraz zaś adwokatom nieboszczyka i jego współtowarzyszy oraz jego zwolennikom łatwiej będzie uznać obecny i każdy nowy proces w sprawie zbrodni reżimu Husajna za nierzetelny, sfingowany, ponieważ głównego oskarżonego pozbawiono już prawa głosu, tym bardziej że sama Human Rights Watch uznała zakończony proces Husajna za nieuczciwy. Łatwiej też przyjdzie wielu Irakijczykom i innym Arabom idealizowanie postaci byłego wodza, choćby już poprzez postrzeganie jej jako ofiary amerykańskiej agresji i okupacji, i zemsty szyitów, dominujących obecnie we władzach centralnych Iraku, niż jako zbrodniarza, którego spotkała zasłużona kara.

Jeden z katów krzyczał do Husajna, wiążąc mu na szyi pętlę: "Niech Bóg cię przeklnie!". To, co Bóg zrobi z Husajnem, z jego duszą, to Jego sprawa, ale zbrodnie Saddama Husajna zasługują na to, by przeklęły je ludzkie prawo i historia, i to nie tylko na papierze z podpisem sędziów, ale też, a może przede wszystkim w umysłach zwykłych ludzi, zwłaszcza tych, którzy obecnie w Iraku nie cofają się przed zabijaniem swych przeciwników politycznych czy religijnych. Stracenie Saddama przed zakończeniem procesu o ludobójstwo Kurdów z pewnością tego zadania nie ułatwi, tak jak przedwczesna śmierć Slobodana Miloszewića w marcu 2006 roku odsunęła w cień sprawę rozliczenia zbrodni wojennych w b. Jugosławii. Tak to już chyba jest, że bez głównego bohatera, choćby czarnego charakteru, trudno o udane zakończenie sztuki.


Artykuły publikowane na stronie niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko KCIiD.