Wolność kontra odpowiedzialność

Esej filozoficzny wokół karykatur Mahometa

Krzysztof Lalik

Przez Zachód i świat islamu przetaczają się jeszcze dyskusje wokół granic używania i obrony wolności słowa i wolności religijnej. I niechaj trwają, prowadząc do wniosków, które pomogą obu stronom spojrzeć na siebie trzeźwo, z dystansem i rozsądkiem. Cała sprawa nabrała oprócz podtestu ideologiczno-religijnego, także polityczny, ale w poniższym eseju skupię się głównie na tym pierwszym wymiarze.
Z lądu ten wstrząs wyglądał zupełnie niewinnie, był prawie niewyczuwalny. Przez kolejne miesiące zdążył się jednak sprzymierzyć z morzem niechęci i ignorancji, jakie dzieli cywilizację europejską i muzułmańską. Fale gniewu zalały wybrzeża od Maroka po Indonezję i odbiwszy się od nich skierowały ku Europie (dotarły nawet nad Bałtyk). Niektórzy wpadłszy w uniesienie politologiczne zaczęli przepowiadać za Huntingtonem nieuchronne "zderzenie cywilizacji". Ci, co dali im posłuch, już okopują się w swych ideologicznych koszarach. Inni zaś stoją w oniemieniu, nie mogąc pojąć, skąd to całe zamieszanie, a jeszcze inni bagatelizują całą sprawę. Są tacy, którzy umywają ręce i tacy, którzy biją się w piersi. Są tacy, którzy podżegają lud do nienawiści i tacy, których głos opamiętania niknie wśród krzyków rozwścieczonego tłumu. Patrząc na to tsunami arogancji i nienawiści, aż trudno uwierzyć, że wywołały je karykatury Mahometa w mało znanej duńskiej gazecie. Cała sprawa nabrała podtestu zarówno ideologiczno-religijnego, jak i politycznego. W poniższym eseju skupię się głównie na tym pierwszym wymiarze.

Karykatury Mahometa, cieszącego się wśród muzułmanów czcią najwyższego proroka ("pieczęć proroków"), pojawiły się początkowo w "Jyllands-Posten" 30 września ubiegłego roku. Na jednej z nich przedstawiono go jako szaleńca z bombą wetkniętą w turban. W zamiarze autorów, jak sami tłumaczyli później, było zwrócenie uwagi na niepokojące zjawiska, jakie zachodzą w świecie islamu, a jednym z nich jest niewątpliwie rozprzestrzenianie się terroryzmu, bardzo często uzasadnianego nakazami islamu, jak chociażby dżihadem (tzw. małym dżihadem). Duńscy muzułmanie poprzestali wówczas na w sumie dosyć pokojowych demonstracjach. Sprawa nabrzmiała, gdy na przełomie stycznia i lutego za duńską gazetą kilkanaście europejskich dzienników przedrukowało karykatury proroka. Gdy zaczęły się protesty muzułmanów, już nie tylko w Europie, ale także na Bliskim i Dalekim Wschodzie, poszczególne redakcje broniły się prawem do wolności słowa. Kolejne przedruki karykatur miały być wymownym gestem solidarności w obronie tego konstytucyjnego przywileju. Równolegle ze "spontanicznymi" demonstracjami w świecie islamu rozkwitła, głównie na Zachodzie, dyskusja o granicach używania i obrony tejże wolności. I dobrze, bo może ona pomóc jego mieszkańcom ustalić, w jakim miejscu znajdują się oni w tym momencie historii na oceanie wolności i demokracji. Czy dopłynęli już do wymarzonych "Indii" czy też dopiero osiągnęli dziki ląd "Ameryki"?

Patrząc na pole wolności słowa w Danii, nie ma się co dziwić, że to właśnie tam po raz pierwszy pojawiły się skandaliczne karykatury. W tym skandynawskim królestwie nawet neonaziści mają swoją prasę i rozgłośnię radiową. Z takiego "punktu siedzenia" przeciętni Duńczycy mają prawo mieć ograniczony "punkt widzenia" na czyjeś dąsy wobec kontrowersyjnych publikacji. Spróbujmy jednak wyjść poza ten punkt widzenia i zrozumieć racje muzułmanów. Islam w ogóle zabrania przedstawiać wizerunku Mahometa, a już z całą surowością samego Boga, by uchronić wiernych przed pułapką bałwochwalstwa, czyli modlitwą do obrazka, bądź pokusą stawiania siebie samego na równi z obiektem malowanym czyli w tym przypadku z Bogiem. Zakaz ten wypływa jednakże nie bezpośrednio z Koranu ale z sunny, która jest raczej komentarzem do tej właściwej księgi wiary. Muzułmanie mieli więc motywy religijne do gniewu (inna sprawa, że jego skala była też umotywowana politycznie). Bo, nie kierując się już li tylko religijnym czy świeckim stanowiskiem, zastanówmy się: czy nienaturalne jest, że karykatury czy też inne formy ośmieszania tego, co dla wielu ludzi stanowi świętość, są odbierane przez nich jako prowokacja, zuchwała obraza ich uczuć religijnych? A jeśli ktoś dopuszcza się bluźnierstwa wobec świętości danej religii, to równocześnie obraża tych, którzy swoją godność z niej właśnie czerpią. Czy to rzeczywiście tak trudno zrozumieć? Czy redaktorom owych gazet zabrakło wyobraźni, by to przewidzieć? Być może, ale pokutuje tu jeszcze parę innych kwestii.

Po pierwsze, kto podróżował po Europie Zachodniej, z pewnością zauważył, że w porównaniu ze Wschodem aż kipi ona od świeckości, która przelewa się nawet na instytucje stricte religijne (np. szkołom katolickim zakazano odmawiać zatrudnienia nauczycieli-homoseksualistów). Tradycje religijne uwidaczniają się najczęściej tylko przy okazji festiwalu świątecznych zakupów. Nic dziwnego, że mieszkańcom tej części kontynentu systematycznie umyka z serc wrażliwość na z natury delikatne zagadnienia religijne, a dysponując coraz mniejszym własnym doświadczeniem religijnym łatwiej wyzbywają się również zdolności do empatii w tej sferze życia ludzkiego i wobec tego trudniej przychodzi im rozeznać się w tym, co może dla osoby wierzącej stanowić bluźnierstwo, a co mieści się w granicach znośnej satyry.

Po drugie, doniosły jest tutaj także fakt, że chrześcijaństwo inaczej podchodzi do cierpienia i prześladowań niż doktryna islamu. W końcu to sam Chrystus wydał siebie na poniżenie i śmierć męczeńską, modląc się do końca za swych prześladowców. Cierpienia i przykrości, jakich doznają chrześcijanie są wedle słów św. Pawła uczestnictwem w męce Chrystusa, a więc w dziele zbawienia. A Ewangelia zachęca jeszcze do nadstawiania drugiego policzka. W ten sposób przemoc i agresja zostają zdemaskowane, a nie usankcjonowane, jak to bywało w religiach pogańskich. Gdyby chrześcijanie zapomnieli o tej nauce, to niewykluczone, że ruch świecki, tak na dobrą sprawę, nigdy by się w Europie nie rozwinął poza ruch lokalny. Na szczęście czasy inkwizycji mamy już za sobą. Rozwija się za to - choć w przypadku kontaktów z islamem, to raczej raczkuje - dialog międzyreligijny. Mahomet natomiast był nie tylko przywódcą religijnym, ale też politycznym i z tego względu zależało mu na zwycięstwie także na polu bitwy. Niektórzy badacze utrzymują nawet, że gdyby nie sukces podbojów wojennych i zręczna polityka pierwszych kalifów, to islam podzieliłby los wielu lokalnych wierzeń.

Już te wstępne charakterystyki mogą pomóc nam zrozumieć dlaczego chrześcijanie i muzułmanie różnie reagują na przejawy religijnych parodii i bluźnierstw, choć niewątpliwie wywołują one niesmak i oburzenie w obu wspólnotach wiernych. Pokazują tym samym, że różny jest grunt dla wolności słowa na ziemi chrześcijan i muzułmanów. To, co nieraz dziko rośnie na pierwszej, z trudnością przyjmuje się na drugiej i to nawet przy starannej pielęgnacji, i odwrotnie. U nas wolność słowa jest powszechnie ceniona (bywa nawet przeceniana) głównie ze względu na zniewolenia obłędnych ideologii w postaci nazizmu i komunizmu, jakie przetoczyły się przez Europę w XX wieku. Wolność tę szanują również chrześcijanie, choć już nieraz boleśnie dała się im we znaki. Ktoś wkłada genitalia na krzyż, Ukrzyżowanemu doczepia głowę pogańskiego bożka albo pakuje krzyż do nocnika i jeszcze nie może wyjść z podziwu jak jego "oryginalne" dzieła cementują wolność wypowiedzi. Może w ogóle należałoby konstytucyjne zapisy o wolności słowa uzupełnić aneksem z litanią przekleństw i bluźnierstw? Pomimo tego chrześcijanie nie podkładają bomb pod galerie czy ambasady, ani nie grożą śmiercią redaktorom czy artystom. Ale nawet ten ich szacunek i tolerancja dla wolności słowa nie mogą doczekać się uznania ze strony kręgów im nieprzychylnych w postaci szacunku dla ich przekonań i uczuć religijnych. Przeciwnie, rosną żądania coraz szerszej tolerancji (a w zasadzie akceptacji) dla poglądów i zachowań już z gruntu nieewangelicznych, a gdy to nie następuje, to "bomby" bluźnierstw wybuchają z jeszcze większą siłą. Gdy przyglądają się temu uważnie muzułmanie, to czy powinno nas dziwić, że niejeden z nich dochodzi do takiego oto wniosku: "nie ma co liczyć na szacunek dla nas, przeciętnie ubogich muzułmanów, na Zachodzie, skoro tak trudno jest go tam zdobyć wyznawcom Chrystusa, którzy przecież wnieśli nieporównywalnie większy wkład w tamtejszą kulturę niż nasi przodkowie z Kordoby czy Bałkanów. Lepiej od razu wziąć się za straszenie zamachami, bo co jak co, ale życie to ludzie Zachodu kochają, jak mało kto." I znajdują się tacy, którzy tak postępują. Poza tym trzeba pamiętać, że dla przeciętnego muzułmanina nie do pomyślenia jest stawianie wyżej wolności słowa niż szariatu czyli prawa islamskiego, które reguluje nie tylko obowiązki religijne, ale również życie rodzinne i społeczne, a w państwach muzułmańskich nawet kodeks karny. W islamie nie ma rozróżnienia na to, co cesarskie i na to, co boskie. Ingerencja w sprawy dla chrześcijan świeckie, bywa tam traktowana również jako ingerencja w porządek religijny, szczególnie przez fundamentalistów (i nie mam tu na myśli bynajmniej terrorystów). Dlatego m. in. tak trudno jest się przebić wielu reformom społecznym, demokratycznym i gospodarczym, do świata islamskiego. Nie bez znaczenia jest też to, że świat islamu w dużej mierze odziedziczył swój kryzys i brak samodzielność gospodarczej po latach wyzysku kolonialnego przez państwa europejskie, oraz fakt, że murem przeciwko takim reformom stoją reżimy arabskie, wspierane niejednokrotnie właśnie przez rozwinięte kraje Zachodu.

Wywołałem tutaj określenie "ziemi chrześcijan", tylko że u progu XXI wieku jest już pewne, że nadużyciem jest utożsamianie tego terminu z całą Europą (bo jeśli chodzi o Zachód, to tylko na Europie się tutaj skupiam) i to nawet nie tyle ze względu na coraz liczniejszą obecność w niej muzułmanów, ale bardziej z powodu agnostycyzmu i apatii religijnej wielu jej społeczeństw. Określenie "chrześcijański kontynent" z pewnością bardziej pasuje obecnie do Ameryki Południowej i Łacińskiej niż do współczesnej Europy, w której nawet historyczne wpływy chrześcijaństwa zostały zakwestionowane przy okazji pisania karkołomnej preambuły do konstytucji europejskiej. Z tego względu należałoby konsekwentnie odróżnić te europejskie środowiska, które poparły publikacje kontrowersyjnych karykatur, od tych, które się temu sprzeciwiły. Watykan zdecydowanie odciął się od takich praktyk nazywając obrazę religii aktem nietolerancji. Karykatury poparły zaś głównie kręgi lewicowe ("Le Monde", "El Pais" ), częściowo liberalne ("Liberation") i niektóre prawicowe ("New York Sun"). A cała sprawa działa się w momencie, gdy w Kościele katolickim obchodzony był VI Dzień Islamu (sic!).

Jest przy tym jakąś ironiczną - by nie powiedzieć karykaturalną - niesprawiedliwością, że za ataki antyislamskie wychodzące z tych właśnie środowisk często przychodzi płacić również społeczności chrześcijańskiej (mam na myśli chrześcijan, którzy oprócz pożółkłej metryki chrztu potrafią się głębiej identyfikować z życiem i nauką Kościoła), która wyraźnie odcina się od aktów agresywnej obrazy uczuć religijnych swoich "młodszych braci w wierze", jak nazwał kiedyś muzułmanów Jan Paweł II. Bo jak inaczej nazwać oszczercze kazania niektórych mułłów, jak chociażby szejka Adnana Sijami, który wliczając papieża i jego zwolenników (czyli katolików) w poczet autorów masakr dokonywanych w Bośni na wyznawcach islamu, zarzucił Głowie Kościoła katolickiego "chęć grabienia naszych ziem" i religii muzułmańskiej (pisała o tym Gazeta Wyborcza 5 lutego)? Czemu do muzułmanów dociera tak zniekształcony obraz religii chrześcijańskiej, w której papież przedstawiany jest tylko jako sukcesor przywódców średniowiecznych krucjat? Od tego czasu wiele się w Kościele i na Zachodzie zmieniło. Papież zachęca do dialogu międzyreligijnego (Jan Paweł II przez swój stanowczy sprzeciw wobec wojny w Iraku został nazwany przyjacielem muzułmanów), a karykatury Mahometa zostały rozpropagowane nie przez prasę chrześcijańską, a świecką. Ale, jak pisze Ahmad ar-Rabi w "Asz-Szark al-Ausat", "umysł arabski generalizuje i uogólnia". Dla większości z nich świecka czy chrześcijańska Europa jedzie na tym samym wózku i to - zdaniem wielu mułłów i ulemów - prosto ku otchłani. Tylko, jeśli ktoś wprowadza takie uogólnienia, to niech ma odwagę również siebie zapytać czy umysł europejski nie ma prawa do podobnych uogólnień, stawiając w tym samym szeregu terrorystów i muzułmanów. Zgadzam się, że to źle świadczyłoby o poziomie przeciętnego "umysłu europejskiego", który szczyci się tym, że jest relatywnie lepiej wykształcony niż przeciętny muzułmanin, i bynajmniej nie piszę powyższych uwag, by zachęcać Europejczyków do takich uproszczeń w imię zasady "oko za oko, ząb za ząb", ale by zwrócić uwagę, że również z łona świata muzułmańskiego wychodzą nieprawdziwe, skarykaturowane obrazy chrześcijaństwa. Jeśli ktoś daje im wiarę, to może posunąć się nawet do zabójstwa, jak to niedawno miało miejsce w Trapezuncie, gdzie 16-latek zabił katolickiego księdza z Włoch, właśnie pod wpływem awantury wokół karykatur Mahometa. Przy takim nastawieniu obie strony wyszukują tylko wady u swych przeciwników, idąc w zaparte we wzajemnych oskarżeniach i szersza konfrontacja staje się w zasadzie nieunikniona, dopóki przywódcy nie sięgną po rozum. Ale podkreślę jeszcze raz: nie zauważyłem, by karykatury Mahometa zagościły na łamach czasopism związanych z Kościołem.

Osobiście uważam, że reakcją na obrazę moich uczuć religijnych nie powinna być przemoc fizyczna wobec prowokatora, ale co najwyżej "miecz słowa" potrafiący rozcinać węzły, które brutalna siła jeszcze bardziej plącze. Wszak jesteśmy "ludźmi Księgi", a nie ludźmi gangów i mafii! A czy na kartach Księgi - tak Biblii, jak i Koranu - nie jest napisane, że ostateczny sąd nad ludźmi należy do samego Boga?

W przypadku publikacji nieszczęsnych karykatur za nieporozumienie uważam tłumaczenie się próbą obrony wolności słowa, bo jeśli żywotnie wymagałaby ona uciekania się do technik bluźnierczych, to znaczyłoby to, że wolność wypowiedzi na Starym Kontynencie znajduje się już w zupełnie opłakanym stanie i z goryczy dziennikarze wystawiają na próbę zamiary samego Boga. O ile mi wiadomo, to obecnie w Europie, zwłaszcza w państwach, gdzie ukazały się owe karykatury, nie funkcjonują żadne reżimy porównywalne z rządami komunistów czy nazistów. A może się mylę... Owszem ktoś może powiedzieć: patrz: terroryzm islamski! Rzeczywiście jest niebezpieczny również dla Europy, co udowodniły zamachy w Madrycie i Londynie, ale jeśli, ktoś sądził, że poprzez publikację karykatur Mahometa narazi islamskie organizacje terrorystyczne na śmiech i drwiny w łonie samych krajów muzułmańskich, to skutek jest raczej odwrotny do zamierzonego. I nie jest tak jak sugerują niektórzy, że nie szydzenie z wartości religijnych musi oznaczać ich bezwarunkową akceptację. Mogę być chrześcijaninem i mieć za kolegów i przyjaciół muzułmanów i żydów. Ale wstępnym warunkiem do tego jest szacunek i tolerancja, bo przyjaźń stawia przecież jeszcze wyższe wymagania. Jest rzeczą co najmniej dziwną, że część elit świata zachodniego, politycznych, naukowych i medialnych, z nadzwyczajną łatwością posuwa się na szlaku tolerancji dla odmiennych orientacji seksualnych, a na szlaku tolerancji religijnej potyka się niemal co krok. Może nie wszystkim chodzi o samą wartość tolerancji, ale konkurują tu ze sobą różne systemy kategoryzowania świata i tego, co pozaświatowe - z gruntu świecki - że tak powiem - odsączony z mistycyzmu, kontra oparty na prawdach religijnych. A jeśli tak, to o spokojne wody na "społecznym morzu" idei i wartości będzie znaczniej trudniej niż w "zatokach polityki", i obawiam się, że same zaklęcia słowem "tolerancja" nie zdołają ich uciszyć.

Stosowanie technik bluźnierczych byłoby również w jakimś stopniu zrozumiałe (choć niekonieczne powszechnie akceptowane), gdyby dana religia, do której by się one odwoływały, była niehumanitarna czy wręcz stała się formą tyranii (1). Jeśli zaś żadne z tych ewentualności nie mają miejsca, to pozostaje tłumaczyć szyderstwa z religii tym, że ich autorzy cierpią na jakąś fobię religijną i nic poza tanią sensacją nie mają do powiedzenia. Zaś konstytucyjne prawo do wolności słowa służy im w tym celu za wymówkę, a nie za bodziec do szukania prawdy i porozumienia między ludźmi. Skłonni są oni wówczas podnosić ową "złotą wolność słowa" do rangi największej świętości cywilizacji zachodniej, co weryfikując historycznie już wcale nie wydaje się takie oczywiste.

Szkoda, że w naszej - tak "wysokiej" w porównaniu z innymi - cywilizacji europejskiej nie osiągnęliśmy jeszcze takiego poziomu, w którym niemal oczywiste stałoby się, że wolność słowa inspiruje, zwłaszcza ludzi mediów, do demaskowania fałszu i utopii, do poszukiwania prawdy w publicznym dyskursie, tak by nie dzielić i nie antagonizować niepotrzebnie społeczeństwa, któremu często faktyczne rowy podziałów i niesprawiedliwości wystarczają już do tego, by z niepokojem patrzeć w przyszłość. Czy taka postawa nie ułatwiłaby rzeczywistego dialogu i pomogła odsunąć od Europy widmo cywilizacyjnej konfrontacji? A że pokój i dialog bardziej się w Europie ceni niż wojnę, to przynajmniej po oficjalnych deklaracjach rządów państw europejskich, zwłaszcza samej UE, nikt nie powinien mieć większych wątpliwości. Niestety nasza cywilizacja daleka jeszcze od ideału (jeśli w ogóle można w niej wyróżnić jakiś wyraźnie górujący ponad innymi i spójny wewnętrznie ideał życia społecznego) i często prawo do wolności słowa jest wykorzystywane dla usprawiedliwienia prawa do szyderstwa, rzucania oszczerstw czy szkalowania dobrego imienia ludzi niewygodnych i obcych świętości.

Niektórzy zachowują się nawet tak, jakby dopiero wpisanie do unijnych dyrektyw klauzuli o prawie do rozsądku i pożytku z niego płynącego miało ich skłonić do roztropności, i to w ramach ich publicznej działalności (sic!). Ale przekazywać wyłączność na interpretację "zdrowego rozsądku" w ręce - często kadencyjnych - urzędników, to tak jakby oddawać zagrożonego wyginięciem białego tygrysa do cyrku - zamiast wolności w naturze czeka go życie w tresurze dla zysku właściciela i rozrywki widzów. To już mniej ryzykowna w prawie jest frywolna wolność słowa...

Pragnę tu wtrącić małą uwagę: intryguje mnie, że niektórzy publicyści w Polsce (na szczęście nieliczni) w związku z przeprosinami rządu polskiego wobec muzułmanów za umieszczenie karykatur Mahometa na łamach "Rzeczpospolitej" przedstawiają nasz kraj niczym kołchoz dla wolności słowa, a jednocześnie kadzą tym z zachodnich mediów, które odważyły się na podobne publikacje, upatrując w nich ostoję praw człowieka. Jest to jak rękawiczka rzucona w twarz dziedzictwu wolnościowego zrywu "Solidarności" i polskiej tradycji tolerancji religijnej, która tak znakomicie rozwinęła się w czasach reformacji w porównaniu z zachodem kontynentu, wykrwawiającym się wówczas na wojnach pomiędzy katolikami i protestantami. Owszem, historia pokazuje też, że nie jesteśmy społeczeństwem idealnym, ale zarzucać komuś ciemnogród z powodu krytyki wolności słowa, to uproszczenie rodem z nowomowy komunistycznej. Myślę, że społeczeństwa dawnego bloku wschodniego lepiej poznały cenę wolności słowa niż mieszkańcy zachodniej Europy. Bo gdy u nas przez dziesiątki lat za krytykę oficjalnej władzy więziono i mordowano ludzi, na zachód od Łaby kwitła wolność i dobrobyt.

Daleki jestem od przychylania się do odgórnej cenzury na media, bo jej brak daje możliwość pokazania, co ludzie, w tym dani publicyści i politycy, myślą i co sobą reprezentują. Osobiście wolę usłyszeć czyjąś szczerą opinię, nawet gdyby miała być dla mnie bolesna, obraźliwa, niż dać się zanurzyć w zmyślnych i z natury mętnych pochlebstwach. Nie znaczy to jednak, że muszę taką opinię przyjmować bezkrytycznie, zwłaszcza jeśli ma ona posmak bardziej prowokacji niż przemyślanej oceny. Ale czy nadużyciem jest oczekiwanie, że wykształceni ludzie mediów nie będą się uchylać od odpowiedzialności za swoje słowa? Bo jeśli media walczą o wolność wypowiedzi między innymi w imię tego, by móc patrzeć ludziom władzy na ręce, to pozostaje pytanie, kto w tym świecie, gdzie prawie każda frakcja podejrzewa inną o spisek i kumoterstwo, będzie patrzył na ręce ludziom mediów, pracującym przecież bardzo często w redakcjach sympatyzujących z różnymi organizacjami politycznymi czy religijnymi? Nie do pomyślenia jest już w UE cenzura, taka jak obecnie na Białorusi czy w większości krajów arabskich. Trudno chyba znaleźć lepsze wyjście z tej pułapki niż głębsza refleksja nad swoimi tekstami ludzi parających się piórem. Tylko jak we współczesnym świecie zareklamować taką rozwagę? Podobno mądrość sama chwali się przez swoje działanie...

Piszę to wszystko nie po to, by zastawiać sidła na wolności obywatelskie (jak niektórzy postrzegają krytykę karykatur Mahometa), ale dlatego, że wierzę w zdolność ludzi do autorefleksji i nauki odpowiedzialności za własne słowa (i rysunki), które dobierają przecież w duchu wolności, w oparciu o swoją wiedzę i intencje, ale bez przymusu co do swej woli. Odpowiedzialność to nie przymus, ale miernik sensu naszego działania. I tego sensu zabrakło mi w tych publikacjach.



Przypisy:

(1) W wiekach średnich islam przewyższał kulturowo Europę. Dość wspomnieć, że to historykom i tłumaczom arabskim zawdzięczamy znajomość starożytnej filozofii greckiej. Przez wiele wieków muzułmanie, chrześcijanie i żydzi żyli w Imperium Osmanów w większej harmonii niż to miało miejsce w Europie i Rosji. Nie można więc uogólniać mówiąc, że władza muzułmanów musi od razu oznaczać reżimu państwowego, jak choćby takiego, który panował za rządów talibów w Afganistanie w latach 1996-2003.


Artykuły publikowane na stronie niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko KCIiD.