Profesor Leszek Dzięgiel - listy z Kurdystanu irackiego. Fragmenty korespondencji z lat 1977-1980

12/31/2008  Redakcja
 
Prof. Leszek Dzięgiel17 grudnia 2008 roku w siedzibie Kurdyjskiego Centrum Informacji i Dokumentacji w Krakowie odbyło się niezwykłe spotkanie poświęcone pamięci Profesora Leszka Dzięgla, pierwszego wybitnego polskiego kurdologa, autora fundamentalnej w polskiej literaturze przedmiotu pracy "Węzeł kurdyjski" (1992). Gośćmi spotkania, zorganizowanego w ramach comiesięcznego cyklu "Szewbuherk - wieczory z kulturą kurdyjską", byli pani Elżbieta Dzięgiel, żona zmarłego trzy lata temu Profesora, oraz dr Maciej Kurcz z Katedry Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, jego ostatni doktorant.

 

Inspiracją do zaproszenia słuchaczy na kolejny wieczór Szewbuherk stała się prywatna korespondencja Prof. Leszka Dzięgla pisana w czasie jego pobytu w Iraku, a zwłaszcza w Kurdystanie irackim sprzed prawie 30 laty. Listy te czytała zebranym ich adresatka - pani Elżbieta Dzięgiel, a jej prezentację poprzedził wstępem o życiu Profesora dr Maciej Kurcz. Za zgodą pani Dzięgiel prezentujemy poniżej Czytelnikom unikatowe, nie publikowane wcześniej fragmenty owej korespondencji Profesora Leszka Dzięgla. Na początek będzie to część listów z jego pierwszej podróży do Kurdystanu z roku 1977. W kolejnej przedstawimy Czytelnikom listy z wypraw z lat 1978-1980.
 
Profesor Leszek Dzięgiel - wybrane fragmenty korespondencji z Iraku, w czasie badań etnologicznych kurdyjskich społeczności wiejskich, w latach 1977 - 1980

 

Część I.

 

Bagdad, 6.10.1977

 

Kwaterujemy w hotelu "Babilon", w pobliżu lewego brzegu Tygrysu, wspólnie z innymi Polakami. Mamy wielki, 3-osobowy pokój, bardzo dobrze klimatyzowany, z wszelkimi wygodami. Przylecieliśmy tu "Kopernikiem", nabitym po brzegi, głównie przez rodziny polskich ekspertów z dziećmi. Maszyny do pisania zatrzymano nam w depozycie na lotnisku, gdyż na ich wwóz wymagane jest zezwolenie od władz bezpieczeństwa. W porównaniu z nędznym bytowaniem w Kabulu - tu pławię się w luksusie. W Bagdadzie jest mnóstwo Polaków, zatrudnionych w różnych przedsiębiorstwach. Byliśmy na spacerze nad Tygrysem, który jest szeroki i mętny, a wybrzeża ma jeszcze nie zagospodarowane. Wzdłuż rzeki zakładają jednak park. Upał nie jest większy niż w Kabulu (+35 w cieniu), a charakter dzielnicy znacznie lepszy. Czyściej, tylko dużo pyłu w powietrzu, jak zwykle. Miasto jest zbiorowiskiem nowoczesnych gmachów i willi oraz domów XIX-wiecznych, z balkonikami i wykuszami, mocno już jednak zruderowanych. Najgorsze dzielnice - to takie kabulskie NOWE MIASTO, tam zamieszkane przez cudzoziemców afgańskich i miejscową średnią burżuazję. W szeroko pojętym centrum nie znaleźliśmy jednak orientalnych zaułków glinianych, jak w Kabulu, groźnych dla outsiderów. Nie spotkały nas również żadne przejawy ksenofobii, tak częste w Afganistanie. Ani, jak tam, przejawów powszechnej nędzy, grzebania w śmietnikach itp. Po ulicach jeżdżą czerwone autobusy piętrowe.

 

W sklepach, mimo jesiennej pory, brakuje warzyw, a owoców też jest bardzo mało.

 

W centrum Bagdadu tradycyjny strój arabski nosi około 20 % mieszkańców, na ogół starszych lub w średnim wieku Większość ludzi ubranych jest po europejsku. Mężczyźni powszechnie chodzą w butach na podwyższonych obcasach. Nie mniej, widzi się sporo wysokich, szczupłych i przystojnych. Tłum jest liberalny; dziewczęta spacerują z chłopcami. Tradycjonalistki w "abach", twarzy jednak nie zasłaniają. Jedliśmy rodzaj "kebabów", z bułkami "samun" i pikantnie przyrządzoną baraniną "gas". Nikt tu w mieście nie je palcami ryżu lub makaronu, jak w Kabulu!



Bagdad, 9.10.1977

 

U wejścia na Główną Pocztę - policja żąda zostawiania aparatów fotograficznych.

 

Bagdad jest nowoczesny, syty, pogodnie nastawiony do życia. W restauracjach bardziej niż kawa preferowana jest herbata. Piją ją mocną, ciemną i bardzo słodką w małych, klepsydrowatych szklaneczkach, wielkości dużego kieliszka. Podają do tego zimną wodę. Powszechne w użyciu są tu maszyny do uzdatniania i schładzania wody pitnej. Nie ma zwyczaju picia herbaty w dużych ilościach, całymi czajnikami, jak w Afganistanie.

 

Kupiłem tu ser "kurdyjski", typu naszego góralskiego bunca, który okazał się wyborny!

 

Maszyn do pisania nadal nie zwrócili. Przypuszczamy, że nastąpi to w ciągu 2 tygodni. Na szczęście w Zakho, gdzie jedziemy, będziemy mogli korzystać z maszyn naszych poznańskich gleboznawców. Kupiłem mapę Iraku, lepszą niż ta, którą mamy. Nie można jednak nigdzie dostać planu Bagdadu.

 

Podobno wczoraj zidentyfikowano w tym 4-milionowym mieście kilka wypadków cholery. Więcej ludzi choruje na nią w Basrze. Jak to dobrze, że już jutro uciekamy stąd na północ!

 

Roślinność jest tu szara od pyłu Wszędzie są palmy, filodendrony, oleandry, sosny południowe i wierzby płaczące, jak na wybrzeżu śródziemnomorskim. Pod tym względem sporo jest analogii do Bejrutu. W kinach grają zawiesiste filmy miłosne.



Zakho, 12.10.1977

 

Z Bagdadu pojechaliśmy na północ, wzdłuż doliny Tygrysu, do Samarry - dawnej stolicy kalifatu Abbasydów z IX w. po Chr. Zachowały się tam ruiny wspaniałego meczetu z tych czasów, który mógł pomieścić 100 tys. osób. Wspięliśmy się na 60-metrowy, spiralny minaret, skąd był wspaniały widok na całe miasto, z czynnym meczetem ze złotą kopułą, która w słońcu błyszczała jak płomień. Inną kopułę ozdobiono błękitną mozaiką i białymi wersetami z koranu. Wszystko to w otoczeniu typowych, orientalnych zaułków, wypełnionych przez tłum w tradycyjnych ubiorach. Z Samarry pędziliśmy dalej na północ. Przed Mosulem zanocowaliśmy w Hatrze, niewielkim, pustynnym miasteczku, gdzie nazajutrz zwiedziliśmy ruiny grecko-orientalnego miasta, ze świątynią oraz posągami bóstw i władców. Aż do 300 r. po Chr. istniało tu miasto hellenistyczne, którego pozostałości są wielką atrakcją turystyczną. Mosul, w porównaniu z Bagdadem, wyglądał prowincjonalnie i znacznie mniej okazale. Przypominał mi pośledniejsze dzielnice Kabulu. Jechaliśmy przez prawie płaską równinę, która z okien samochodu wyglądała jak gliniasto żwirowa pustynia. Wrażenie pozorne, bo widzieliśmy po drodze prawie identyczne w kolorze gliniane wioski, wtopione w krajobraz, pozbawiony o tej porze jakiejkolwiek zieleni. Taki jest obraz jesieni na gruntach uprawnych Iraku. Pola są już zżęte i zaorane, wyprażone przez upał. Gdzieniegdzie tylko sterczą z ziemi jakieś chwasty. Mijaliśmy stada i namioty arabskich koczowników Stopniowo teren zaczynał się coraz bardziej fałdować. Im bliżej Kurdystanu - tym gęściej rozsiane były posterunki wojskowe, forty kamienne i umocnienia ziemne. W 1974 r. trwała na tym obszarze krwawa wojna domowa. Partyzanci kurdyjscy, pod wodzą Mela Mustafy Barzaniego chcieli wywalczyć własną autonomię w Iraku i udział w zyskach z eksploatacji pól naftowych w rejonie Kirkuku. Walkę tę niestety przegrali. Nastąpiła krwawa pacyfikacja miejscowej ludności. Dziesiątki wsi przestało istnieć. Spora część pozbawionych dachu nad głową mieszkańców znalazła wtedy schronienie w miasteczku Zakho, celu naszej podróży. Potyczki partyzanckie na tych terenach wciąż się jednak podobno zdarzają. W każdym razie władze stale utrzymują tu stan wojenny.

 

Góry kurdyjskie są początkowo niewysokie, skaliste i nagie. Wąskim wąwozem, pełnym umocnień i posterunków - wjechaliśmy do 28 tys. miasteczka Zakho.

 

Położone jest ono w najbardziej na północ wysuniętym krańcu irackiego Kurdystanu. Od granicy tureckiej dzieli je zaledwie kilka kilometrów. Biegnie tędy ważny międzynarodowy szlak szosowy. Dzień i noc przewalają się ogromne ciężarówki (Scania - Iraq), produkowane na licencji szwedzkiego Volvo. Jadą gromadnie, ze względu na niebezpieczne stosunki lokalne w Turcji, we wschodniej Anatolii.

 

Zakho otoczone jest niezbyt wysokimi wzgórzami. Za nimi rysują się jednak znacznie wyższe góry Zagroz, już za granicą z Turcją, w Anatolii. Obecnie, w tej październikowej scenerii są rude, spalone słońcem. Stoki porastają kępki ostrych traw i chaszczy. Tu i ówdzie zdarzają się karłowate dęby. Dnem szerokiej doliny płynie dość bystra rzeka Khabur, która przecina miasteczko.

 

Mieszkamy w parterowym domu zabudowanym w czworobok. Okna i drzwi wychodzą na podwórko. Jest tu miniaturowy ogródek: winorośl, drzewko pomarańczy z zielonymi jeszcze owocami, a także pnącza kwiatowe. Po płaskim dachu można spacerować, nawet na nim spać, ale o tej porze jest już za chłodno. Rano i wieczorem temperatura spada do 10 lub co najwyżej 12 stopni. Poszczególne domy przylegają do siebie. Są fragmentem dość zamożnej dzielnicy "Kesta". Naszymi bezpośrednimi sąsiadami.jest mniejszość ormiańska - ortodoksyjni chrześcijanie. W Zakho mieszkają też inni chrześcijanie: chaldejczycy i asyryjczycy. Niedawno zaprosił mnie na herbatę biskup chaldejski, który ma tu swoją siedzibę diecezjalną. Nad ranem budzą nas śpiewy muezinów, lecz potem zasypiamy.

 

Jednak zdecydowaną większość mieszkańców stanowią tu oczywiście Kurdowie. Część kobiet w miasteczku nosi czarne "aby" i, w przeciwieństwie do Bagdadu, zasłania na ogół twarze przejrzystą zasłoną. Większość ubiera się jednak kolorowo, wręcz jaskrawo. Preferowane są materiały przetykane złotą nitką. Najbardziej charakterystyczny jest kurdyjski strój męski. Są to jakby obszerne kombinezony (choć być może składają się z osobnej bluzy i spodni), uszyte jednak z tego samego, nieraz połyskliwego materiału w rodzaju tafty albo surówki, w kolorach fioletowym, zielonym, brązowym lub szarawym, a nawet pasiaste. Przepasują się szeroką szarfą, nieraz ozdobną, a głowy osłaniają fantazyjnie zamotanym zawojem w czarno białą pepitkę.

 

Do objazdów terenowych przydzielono nam arabskiego "anioła stróża".Jest nierozgarnięty, ledwo duka po angielsku, a po kurdyjsku ani w ząb. Tymczasem tutejsi wieśniacy nie znają arabskiego. Musimy poszukać sobie tłumacza. Najlepszy byłby miejscowy nauczyciel angielskiego. Dziś objechaliśmy większość szerokiej doliny Zakho, będącej owym projektem rolniczym. Wioski widoczne są z daleka jak na dłoni, bo nie ma tu prawie lasów. Złożone są z pudełkowatych domków glinianych pokrytych płaskimi dachami z gałęzi pozlepianych gliną. Stoją na stokach szeregami, jedne nad drugimi, skupione gromadnie. Poniżej trwa zbiór pomidorów, uprawianych tu masowo na bardzo urodzajnych ziemiach. Glebę nawadniają irygacyjnymi kanałami.

 

Wieczorami spacerujemy po obrzeżach Zakho, niezbyt jednak daleko, z uwagi na obostrzenia wojskowe. Sceneria jest naprawę cudowna, przypominająca barwny, amerykański western. Byłby tu wspaniały teren turystyczny, gdyby nie polityczne niepokoje, a po stronie tureckiej pospolity bandytyzm.



Zakho, 13.11. 1977
Po wczorajszym objeździe doliny - sprawa - od strony perspektywy badań naukowych dla mnie - wydaje się być ciekawa i jestem dobrej myśli. Dziś byliśmy we trzech w Duhok, w tamtejszym urzędzie rolnym. Codziennie jest bezchmurna, upalna pogoda. Tylko wieczory robią się nieco chłodniejsze. Wystarczy jednak zaledwie opuścić rękawy koszuli. Ciekawostka: język kurdyjski, identycznie z naszym, nazywa liczby "5" i "6"! Polacy w tych stronach są dość znani. Np. czasem ktoś popisuje się polskim słowem. Jadamy melony (gorsze wszelako, niż te z Mazar i Szarif w Afganistanie), a także kawony. Tutejsi Arabowie znają kurdyjski słabo, co utrudnia kontakty, nawet na szczeblu centralnym. Społeczeństwo nie jest w tym kraju tak posępne i hermetycznie izolujące się jak w Afganistanie. Już sam wygląd domów wiejskich, z normalnymi drzwiami i oknami taką izolację uniemożliwia.

 

Zakho, 20.10. 1977
Opisywałem Ci już poprzednio wygląd domu, w którym nas zakwaterowano Z płaskiego dachu mamy wgląd na podwórko sąsiadów - Ormian. Ormiański kościół ortodoksyjny jest opodal. Sąsiedzi też chodzą po dachach i tak można by spacerować po całym kwartale dzielnicy, ale przecież nie wypada! Dom jest wprawdzie skanalizowany, lecz pompy miejskie nawaliły i woda, tylko raz dziennie puszczana z kranów, nie dociera do zbiornika dachowego. Chwytamy ją na poziomie podwórka do pojemników. Od wczoraj jest zupełnie żółta, bo w górach zaczęły się już deszcze i Khabur poczerwieniał od glinki. Gotujemy tu sobie sami, w 2-osobowych zespołach, w naszym przeważnie ja, bo wiesz, że to potrafię i lubię. W kuchni mamy dwie duże lodówki i gaz z butli. Kupiliśmy dla wszystkich 2 kg jagnięciny i udusiłem to z papryką, bakłażanami, pietruszką, pomidorami, okrą i cebulą. A przede wszystkim z różnymi przyprawami ziołowymi, które tu zabrałem. Stary, 78-letni Ormianin - dozorca - robi nam drobne zakupy. Mówi wprawdzie po kurdyjsku, lecz znamy już parę niezbędnych słów. Po przelotnych deszczach i paru burzach zrobiło się chłodniej. Rano jest już tylko 10-12 stopni. Mimo lekkiego zachmurzenia widać jednak doskonale cały amfiteatr gór, które przypominają nasze Tatry Wysokie i Zachodnie poniekąd. Na tureckich wierzchołkach, a nawet grzbietach pojawił się od wczoraj śnieg. Lecz w naszym ogródku kwitnie bouganvilla, zielenią się pomarańcze, dojrzewają granaty. Deszcze zresztą momentalnie wsiąkły w wysuszoną ziemię. Podłogi są w tym domu z lastriko i betonu. Meble - kombinowane, kupione w Polsce, tandetne i na połysk, nieco już rozlatujące się szafy i oszklone serwantki. W centrum miasteczka nadal istnieje ludowe tkactwo, o dość prymitywnej technice, uprawiane przez Ormian. Wykonują materiały na tradycyjne ubiory kurdyjskie.

 

Wczoraj zrobiliśmy kolejny objazd naszej doliny. Widoki i kolory były tak wspaniałe jak na barwnym westernie. Okolice rzeczywiście przypominają Arizonę czy Nowy Meksyk. Z tą różnicą, że nie ma tu tępo ściętych gór i ostańców. Wszędzie pełno jest wojska. Okoliczne góry usiane są bunkrami z ziemi i worków piasku. Na ulicach łazęguje wojsko z pistoletami gotowymi do strzału, także i bez broni. Sprawdzają dokumenty na szosach. Obozy wojskowe znajdują się też na stokach doliny. Na szczęście, jak dotąd jest spokój. Zakho możemy opuszczać tylko w towarzystwie przydzielonego nam głupawego urzędnika arabskiego, o którym już pisałem. Jest studentem budownictwa wodno-lądowego w Mosulu i w ten właśnie sposób wykręcił się od wojska. Niebawem mamy też w czasie naszych podróży otrzymać eskortę wojskową. Zakho jest tylko jednym z czterech projektów w Kurdystanie zatwierdzonym przez Polservice. Mimo ciągłej groźby działań wojennych - wsie kurdyjskie całkiem dobrze tu prosperują. Jak już pisałem, dochody przynosi im uprawa pomidorów na skalę przemysłową, przy zastosowaniu nowoczesnych maszyn rolniczych. Zbyt na swoje produkty mają w Mosulu, gdzie jest nowoczesna przetwórnia warzyw i owoców. Samochody dostawcze dostarczane są przez ośrodki rządowo-spółdzielcze. Z tymi przejawami nowoczesności kontrastuje tradycyjna wiejska kultura. W domkach z polnego kamienia i gliny oraz dachach z gałęzi, gdzie spoiwem również jest glina - siedzi się i gotuje na ziemi, podkładając sobie wojłoki, a w zamożniejszych domach materace z gąbki, obleczone w pokrowce. Nawiasem mówiąc - glina o wiele lepiej niż beton izoluje od upału i chłodu. Doświadczyliśmy tego w naszym domu w Zakho, którego część zbudowana jest sposobem tradycyjnym. Ludzie tu nie głodują, lecz nurtuje ich stale apatia i strach z powodu ciągłej niepewności politycznej. Brak jest zupełnie złodziejstwa i żebractwa. W wiejskich szkołach językiem wykładowym jest wyłącznie arabski.



Zakho, 24.10.1977

 

Jak na razie trwa tu niekończące się "babie lato", przy czym część roślin i drzewa, w sztucznie nawadnianych ogrodach, nawet ostatnio więcej się zazieleniły. Parę deszczyków należy już do przeszłości. Codziennie trwa piękny, jakby tatrzański dzień, z uwagi na bliskość gór. Jest tylko dosyć krótki, zaledwie od 7-18. Noce są gwiaździste i rześkie.

 

Zakho, także o zmroku, jest miastem bez porównania spokojniejszym i bardziej cywilizowanym niż pół milionowy Kabul.

 

Przed chwilą byliśmy na szosie wzdłuż tureckiej granicy, jadąc skrajem rzeki Khabur na przełęcz, skąd widać szarą, surową dolinę Tygrysu. Zboczyliśmy do pustej dolinki, gdzie nad potoczkiem rósł gąszcz wierzb, jakieś kolczaste pnącza i drzewa figowe. Pierwszy raz jadłem figi rwane wprost z gałęzi! Są słodkie i czerwone w środku. Woda w potoczku była czysta, ale letnia; rzecz u nas niesłychana! W innym wąwozie arabski koczownik pasł owce i kozy. Trzymając osła na sznurku pozował nam do fotografii.

 

Wczoraj zwiedzaliśmy stację warzywniczo-owocową na granicy tureckiej. Jej dzierżawca zaprosił nas potem na obiad do hotelu. Brak wody w Zakho trwa nadal, ale Toyotą gleboznawców przywieźliśmy sobie dwie ponad stulitrowe beczki plastikowe ze stacji pomp. Tym sposobem mogliśmy napełnić wodą zbiorniki na dachu, co nareszcie umożliwiło wzięcie prysznica.

 

Wczoraj byliśmy w Mosulu, dużym mieście nad Tygrysem Na jego skraju odkopują resztki starożytnej stolicy asyryjskiej - Niniwy. Sam Mosul jest dość plugawy. Jedliśmy tam natomiast znakomite kurczaki z bułkami, palcami, tak jak wszyscy (po pół na osobę). Arabscy wieśniacy widziani na ulicach zrobili na nas znacznie bardziej egzotyczne wrażenie niż mieszkańcy Kurdystanu. Często mieli tatuaże na twarzach.

 

Znaczek, jaki przylepiłem na kopercie wydany jest z okazji tegorocznego spisu ludności. Przeprowadzono go 17 października. Policja zabroniła wtedy wszystkim mieszkańcom (nam też) opuszczać domy.

 

Dwa dni temu zrobiliśmy wypad do wojewódzkiego miasta Duhok, trochę większego od Zakho. Stamtąd serpentynami 5 km w głąb gór, wyżej krzaczastych, a dołem pokrytych winnicami. W słońcu widoki były rozległe, wiał miły, ciepły wietrzyk. Po raz kolejny stwierdziłem jak cudownie było by tamtędy wędrować bez żadnych ograniczeń! Wstąpiliśmy do miejscowej stacji pszczelarskiej - Sendor. W drodze powrotnej, tu i ówdzie, widzieliśmy na polach arabskich koczowników, konno lub na osłach, uzbrojonych, prowadzących stada owiec w kilku szeregach, jak wojsko. Strój wyraźnie odróżnia ich od Kurdów. Ludzie ci okresowo docierają podobno aż do Arabii Saudyjskiej. Na serpentynach nawaliła nam dętka, ale na szczęście pomogli przejeżdżający samochodem służbowym znajomi Kurdowie.



Zakho, 28.10.1977

 

Jest wczesny wieczór i niezwykle jasna pełnia księżyca nad górami, akurat w tym miejscu, gdzie w wiosce prowadziliśmy dziś badania. Pomaga nam już rutynowo ów Kurd, nauczyciel angielskiego w Zakho. Główny ciężar rozmowy spoczywa na mnie. Muszę mówić jak najprostszym językiem, aby wszystko było zrozumiałe dla tłumacza.

 

Dziś, na skraju Zakho, zobaczyliśmy po raz pierwszy kurdyjski taniec weselny. Młodzi ludzie obojga płci, ubrani w odświętne stroje ludowe, tańczyli w wielkim korowodzie, trzymając się za ręce na pustym, pokrytym pyłem placu. Rytmicznie przestępowali z nogi na nogę w takt bębna i prostej trąbki drewnianej. Wygrywano na niej bez końca długą, monotonną, gwałtowną melodię. Opasły trębacz podchodził do różnych grup tańczących. Dobosz walił w bęben grubym, zakrzywionym kijem oraz cienką trzcinką. Pierwszy w korowodzie powiewał biało-amarantowo-zieloną chorągiewką. Od czasu do czasu trębaczowi wręczano banknot z tłumu tancerzy. W pewnym momencie, spośród kobiet włączyła się do tańczących panna młoda. Ubrana była na biało, w tkaninę fabrycznie przetykaną złotą nicią. Jakiś młody człowiek powiewał nad jej głową plikiem banknotów, podobno na szczęście. Ktoś inny zbierał pieniądze dla muzykantów, jeszcze inny notował coś w zeszycie. Tuż obok, w tumanach pyłu, przepędzano stado kóz i owiec do pobliskiego wodopoju w Khaburze. Na dachu domu weselnego obserwował to wszystko tłum starszych kobiet i dzieci. A pod murem, na krzesłach z rur i plastiku, siedzieli stateczni mężczyźni. Nie pozwolono nam robić żadnych zdjęć. Gleboznawcy, mieszkający opodal twierdzą, że taka zabawa trwa na tym placu już trzeci dzień.



Zakho, 30.10.1977

 

Nigdzie nie można dostać tu ziemniaków, bardzo też trudno o jaja. Trudności są również z owocami. Dostępne są tylko jakieś zmaltretowane pigwy i popękane, brudne granaty. Jadamy więc wyłącznie melony i kawony. W domu nie ma, na szczęście, żadnego robactwa, tak powszechnego w Afganistanie.

 

Nasze dwie maszyny do pisania nadal tkwią w Urzędzie Celnym w Bagdadzie Urzędnicy z Polservice nie mogą ich stamtąd wydobyć. Dziś znowu będziemy się starać o spotkanie ze starostą w sprawie pisma do 16 sołtysów obszaru wiejskiego, gdzie mamy przeprowadzić ogólne, szybkie wywiady. Są też kłopoty z tłumaczami, bo tutejsi nauczyciele angielskiego nie zawsze mają czas.



Zakho, 1.11.1977

 

Dziś byliśmy (we dwójkę + tłumacz) we wsi Geryk Sulajman. Przeprowadzaliśmy wywiad z najbogatszym Kurdem we wsi. Jest niepiśmienny, ma 2 żony, a swoją córkę wydał za syna swego nieżyjącego brata. W izbie gościnnej siedzieliśmy na chodnikach pod ścianami. Pod drzwiami miotał się żółty karaluch. Na podwórku żony zajęte były pieczeniem plackowatego chleba. Jutro tam znowu pojedziemy. Kurdowie bardzo chętnie udzielają wywiadów. Pochlebia im, że interesujemy się ich kulturą. Kontakty z nimi układają się bardzo gładko, w przeciwieństwie do trudności, jakich doświadczyłem w Afganistanie. Są właściwie bardzo nieszczęśliwi. Wiele wsi celowo zniszczono, trwa bezustanny nadzór wojskowy. Nas jednak nikt tu nie zaczepia, oprócz dzieci. Nie byliśmy też , jak dotąd, legitymowani. Ludzie najęci do zbioru pomidorów nocują w namiotach na polach gospodarzy. Szosą uwijają się Chevrolety ze skrzynkami owoców, pędząc do punktów skupu. Ciepło jest nadal jak w lecie. Tylko trochę chmur wisi nad Turcją.

 

Zakho, 6.11.1977

 

Przeprowadzamy wywiady w wioskach położonych na stokach wzgórz otaczających Zakho, jeżdżąc po strasznych wertepach, w kurzu i słońcu. Ostatnio towarzyszą nam już żołnierze. Przesiadujemy w izbach gościnnych najznakomitszych gospodarzy, na chodnikach i poduszkach. Na ścianach wiszą makatki z pawiem, jakieś portrety dostojników, obrazy przedstawiające Alego z Koranem, aluminiowe łyżki na płóciennych wieszakach, a czasem nawet buty kobiece, umieszczane tam "na szczęście". Wypijamy masę mocnej, słodkiej herbaty i rozmawiamy prymitywną angielszczyzną, bo tłumacze innej nie rozumieją. Kobiety są bose, z bransoletkami w kostce i kolczykami z boku nosa. Jak na razie wszyscy dorośli, z którymi rozmawialiśmy byli niepiśmienni.

 

Jesteśmy zdrowi i dobrze się w tym klimacie czujemy. Tylko brak nam ruchu na co dzień, bo obostrzenia wojskowe nie pozwalają na dalsze spacery. Niezłą gimnastyką jest przynajmniej codzienne wynoszenie wody na dach, do zbiornika, aby była w kranach. Tam gdzie mieszkamy, na wzgórzu, wciąż jest za małe ciśnienie. Znowu wstał dzień bezchmurny i całkiem ciepły. Udało nam się kupić ładne pomidory, bezpośrednio od rolnika nawadniającego pole.

 

Dziś we wsi Dardżalal nie zastaliśmy sołtysa, bo wyruszył z pielgrzymką do Mekki.



Zakho, 8.11.1977

 

Hodują tu mnóstwo kóz i owiec, lecz nie wyrabiają z nich kożuchów na miejscu, jak często w Afganistanie. Ostatnio zupełnie brakuje jaj i masła, lecz dla nas nie stanowi to specjalnego problemu.
Dowiedziałem się, że zawoje w czerwoną pepitkę, oprócz Jezydów, noszą tu członkowie wielkiego klanu Barzanich! Strój kurdyjski, złożony z szerokich spodni i wpuszczonej do nich bluzy z tego samego materiału nie jest kombinezonem, jak początkowo sądziłem.



Zakho, 10.11.1977

 

Wyleczyłem się z przywiezionego z Polski kaszlu. Powietrze jest tu suche i czyste. Nawet w mieście jest mało smrodu, bo wszyscy mają szamba, a nie ordynarne latryny. Kobiety powszechnie noszą ubiory uszyte ze stylonowych materiałów, przeźroczystych, sztywnych i nieprzewiewnych. Przetykane są złotą nicią i utkane w ogromne desenie. Metr pojedynczej szerokości takiego materiału osiąga nawet 12 dolarów! Nam trudno byłoby sobie nawet wyobrazić jak strasznie gorąco musi być w czymś takim. Na pewno jest to kwestia przyzwyczajenia, zwłaszcza, że noszą takie stroje złożone z kilku warstw!

 

Niedawno byliśmy w wojewódzkim Inspektoracie Oświaty, gdzie mnóstwo młodych nauczycielek czekało na angaże właśnie w tego typu "abach".



Zakho, 12. 11. 1977

 

Od rana i przez całą poprzednią noc lało. Pochłodniało i wieje wiatr. Gór nie widać. Musi tam być straszne błoto. Popołudniu pojedziemy do kolejnej wsi. Deszcz zaniósł się na cały dzień. To po raz pierwszy najdłuższy opad, jakiego tu doświadczamy - oznaka nadchodzącej zimy. Maszyny do pisania chyba odjadą z nami do Polski z Bagdadu, bo przez cały ten czas urzędnicy z Polservice nie zdołali ich zwrotu załatwić!



Zakho, 14.11.1977

 

Po ulewnym deszczu, który dalekie góry przyprószył nawet śniegiem - znowu wróciło słońce. Zrobiło się jednak chłodniej Z powodu gliniastego podłoża wszędzie jest tu teraz bardzo błotniście. Psychicznie najlepiej czuję się w czasie przeprowadzania badań na wsi. Siedzę wtedy w kurdyjskim "koczyk", czyli izbie gościnnej na dywanach, piję herbatę i zadaję przez tłumacza po angielsku pytania. Jest to robota konkretna, a przy okazji i dla siebie zbieram materiał. Napisałem stąd 13 reportaży do różnych gazet. Wiem, że pierwszy ukazał się już w "Echu Krakowa". Po przebadaniu 8 wiosek na tym terenie - zostało nam jeszcze 6. Na ogół znajdują się niedaleko, z wyjątkiem dwu: Darkar Szibli i Gundyk, które są po drugiej stronie doliny. Jadłem niedawno bardzo smaczną bryndzę kurdyjską z warzywami i ziołami, trochę jak nasz pokruszony rokwor. Jedliśmy z wielkiej tacy ustawionej na ziemi, na której umieszczono talerze. Ser i sadzone jaja chwytaliśmy przez zwoje kurdyjskiego placka, w konsystencji podobnego do naleśnika. Tak gościł nas "muchtar", czyli sołtys wsi Darkaradżan. Wczoraj, gdy rysowałem plan zagrody innej wsi - 25-letni ojciec czworga dzieci oświadczył, że niedługo weźmie sobie drugą żonę. Potrafię już wiązać zawój kurdyjski na różne sposoby i nawet kupiłem Ci dwie takie chusty na pamiątkę. Gdy jest zła pogoda - Kurdyjki na wsi też używają zawojów, choć w zasadzie noszą na głowach białe chusty.

 

W naszym ogródku ciągle kwitnie jakaś liliowa roślina. Powoli dojrzewają też pomarańcze! Niebo jest teraz bez jednej chmurki i kolega, nagi do pasa, siedzi na podwórku. Stopniowo stajemy się częścią scenerii tego miasteczka. Miejscowy szewc zeszył mi but na poczekaniu., a koledze krawiec naprawił spodnie, nie biorąc za to ani grosza!



Zakho, 17.11.1977

 

Od najbliższej niedzieli będą tu trwały 4-dniowe święta muzułmańskie, z okazji rocznicy wędrówki Mahometa z Mekki do Medyny. Kobiety chodzą już z wielkimi tacami na głowach ze słodkim ciastem do piekarni w miasteczku. Większość z nich jest w ciąży. Rodziny mają tu często po kilkanaścioro dzieci, a mężczyźni po dwie lub 3 żony. Ludzie na wsi są sympatyczni, gościnni, roztropni i weseli. Nawet mimo tak strasznych nieszczęść, jakich doświadczyli.



Zakho, 21.11.1977

 

Trwają święta muzułmańskie, najdłuższe w roku. Ludzie odwiedzają się nawzajem. Nas też odwiedził oficer miejscowych sił bezpieczeństwa, który uznał, że to wypada. Ostatnio, w wiosce Dar Hazan rozmawiałem z około 30 gospodarzami naraz. I chociaż wszyscy byli niepiśmienni, nie zdarzyło mi się spotkać w Polsce audytorium zachowującego się tak godnie i wytwornie jak ci prości Kurdowie. Dziś nieco się chmurzy, lecz cóż znaczą te obłoczki wobec polskiej aury listopadowej! Do objechania pozostały nam jeszcze 3 wioski i jeden duży wywiad demograficzny. Dwie są dalekie, a jedna pobliska. Ale nawet w takiej pozornie małej mieszka od 700 - 1000 ludzi. Chcielibyśmy także zrobić wywiad z pasterzem na pastwisku.



cdn.