Piękna i Bestia

Autor: Joanna Bocheńska

 

Stambuł

 

Mieszkam naprzeciw małego meczetu. W ciemnej przestrzeni piwnicznego pokoju pięć razy dziennie rozlega się przeciągłe nawoływanie. Głos muezina zmienia się, czasem jest zatrważająco ochrypły, to znów gładki i lżejszy, pochłania uliczne kroki, krzyki handlarzy, śmiechy dzieci. Na parę minut ciemna przestrzeń piwnicznego pokoju zastyga nagle niby przestraszone pisklę. Kurz w falującej smudze słonecznego światła zdaje się przenosić mnie w inną, niematerialną rzeczywistość. Wielogłosowe echo oddalonych meczetów działa niczym ścichająca na końcu filmu muzyka, wybudza nas w codzienność stopniowo i niepostrzeżenie.

 

W mojej dzielnicy głos muezina to także jedyna dostępna kołysanka. Zasypiamy przy jej dźwiękach na kilka wyrwanych życiu minut, żeglujące nad nami błękitne niebo i drugoplanowe dźwięki miasta noszą wszelkie znamiona Raju. Ocieramy się o niego bez zbędnych komentarzy. Przypadkowo lub z przygotowaniem, tak czy siak niebiańska kropla należy się każdemu, gdyż ulice Stambułu są czerniejącym mrowiskiem ciemnych twarzy, ciemnych przenikliwych spojrzeń i niejednokrotnie smutnych historii.

 

Miejsce zamieszkania kwalifikuje mnie zatem w pełni na „człowieka z podziemia”. Moje zapiski cechuje fragmentaryczność, nic nie może być tu dostrzeżone w całości: krata za oknem, obute w czerń nogi i kolorowe kadłuby spódnic, nawet sylwetki dzieci – wrodzona im niecierpliwość nigdy nie utrzymuje ich na dłużej w kadrze okienka. Tylko raz jakaś twarzyczka zajrzała w ciemną czeluść, widziałam jej wzrok próbujący wyłowić choćby jeden kształt. Co może dziać się pod ziemią? Kto może mieszkać w miejscu mrocznym, zatęchłym, zapchlonym, zdanym na lekceważenie przechodniów?

 

Lena

 

Pochodzi z Krymu i jest Rosjanką.

 

Właściwie nie wiem, czy jest ładna. Ma długie jasne włosy, zgrabną sylwetkę i wcięcie w talii, ale jej twarz wyraża zmęczenie i chroniczną nerwowość.

 

Lena jest w Stambule od siedmiu lat. Z przerwami oczywiście, gdyż od czasu do czasu jeździ na Ukrainę odwiedzić i wspomóc finansowo swoich rodziców oraz zmienić paszport. Za każdym razem przebywa bowiem w Turcji zbyt długo i w konsekwencji nielegalnie, co oznacza, że odprawiający ją celnicy wbijają w paszport pieczątkę zakazującą ponownego wjazdu. Cóż jednak znaczy zakaz w zestawieniu z szeleszczącą zawartością koperty, uciułaną i pożyczoną od krewnych i znajomych?

 

Lena skończyła studia, ale jak wiele koleżanek nie znalazła pracy w kraju, który nagle przerodził się z „poczciwego ZSRR” w „drapieżną Ukrainę”. Nie ufa Ukraińcom i boi się Tatarów, w ostatnich wyborach głosowała na Janukowycza i uważa, że Stalin był OK, gdyż „dbał o biednych i nie pozwalał niektórym tak strasznie i nielegalnie się bogacić”.

 

Lena opuściła Symferopol i udała się na statku na południe, do budzącego nadzieję orientalnego i bogatego Stambułu. W przeciwieństwie do wielu innych dziewczyn z byłego ZSRR jej się poszczęściło. Nie została prostytutką. Szef sklepu, w którym pracuje, nie zgwałcił jej. Nie zaszła w ciążę, którą musiałaby usuwać. Nauczyła się tureckiego. Znalazła pracę. Zakochała się. Tyle tylko, że tradycyjna kurdyjska rodzina narzeczonego nie bardzo chciała ją zaakceptować. Surowi krewni znajdowali się wprawdzie daleko, bo na drugim końcu Turcji, ale nie znaczy to wcale, że nie mieli na Faika wpływu. Powołując się na chorobę matki, zawezwali go do domu – jak się okazało, ni mniej ni więcej tylko na zaślubiny z prawdziwą kurdyjską narzeczoną, której nigdy wcześniej nie widział. Nie pomogła ucieczka „sprzed ołtarza”, gdyż ożenek i tak został sfinalizowany, zaocznie, a Faik otrzymał nawet plik fotografii upamiętniających to szczęśliwe wydarzenie. Ślub z Leną musiał odbyć się zatem tylko przed obliczem Boga (i w obecności muzułmańskiego duchownego, któremu fakt posiadania już przez pana młodego jednej żony w niczym nie przeszkadzał). Oblicze tureckiego państwa jest bowiem znacznie bardziej wymagające, nie godzi się ono na ślub cywilny z dwiema kandydatkami, gdyż od czasów świętego wodza Atatürka jest krajem świeckim i cywilizowanym i nie ulega żadnym muzułmańskim fanaberiom. W konsekwencji Lena wciąż mieszka i pracuje w Turcji nielegalnie, a co za tym idzie: nigdzie sama nie jeździ, czasem w środku nocy musi uciekać przez okno przed policją, drży na dźwięk każdego stukania do drzwi. Kiedy Asuman - legalna żona zjawiła się w Stambule, Lena wzięła wolne z pracy i próbowała się z nią zaprzyjaźnić, ale niestety nic z tego nie wyszło. Kurdyjska dziewczyna pozostała daleka i wyniosła, być może po prostu zagubiona w piwnicy wielkiego, trudnego do zrozumienia miasta. Z nikim nie rozmawiała i w końcu poprosiła, by odesłano ją do domu.

 

Lena ma w sobie pokorę. Godzi się na wiele i nieustannie walczy o ochłapy normalności, zwłaszcza o to, by dzień jej męża nie uległ dziwnemu rozpadowi na niedające się posklejać kawałki. Oswoiła większość tajników kurdyjskiej i muzułmańskiej etykiety, reguły dobrego tonu i niełatwą tradycję. Przekonała do siebie surowych teściów, którzy zgodzili się nawet na rozwód syna z pierwszą żoną, co wiąże się z zapłatą wysokiego odszkodowania. Jest zazdrosna, ale wybacza wszystkie zdrady, choć jej wyrzuty doprowadzają czasem Faika do wściekłości i agresji. Wcale nie wygląda na szczęśliwą. Niepowodzenie znaczyłoby jednak odejście, a na to Lenie brakuje odwagi. Już próbowała. A może nie wie, że na zewnątrz, w świecie na powierzchni jest jakieś inne życie? To okropna wiernopoddańczość, sowiecka mentalność – mogą stwierdzić niektórzy. Niewykluczone. Ale w Lenie jest coś jeszcze. Kiedy powtarza, że nadzieja umiera ostatnia, kiedy w swojej zapleśniałej norze zabiera się do czytania książek, kiedy czasem jej twarz rozjaśnia szczęśliwy uśmiech.

 

Faik

 

Na pierwszy rzut oka nic nie wskazuje na to, że może być przedmiotem czyjegoś wielkiego poświęcenia i miłości. Nalana twarz i chytre rozbiegane oczy. Zupełnie nie wiadomo, czego można się spodziewać. Wizerunku nie poprawia nawet wyszukana galanteria zachowania. Faik sprzedaje turecką odzież, w wielkim świecie tureckich tekstyliów, jakim jest ciesząca się złą sławą stambulska dzielnica Laleli. Przybył tu, jak wszyscy inni jego koledzy, w poszukiwaniu szczęścia i pieniędzy. Pracuje codziennie od dziewiątej rano do dziesiątej wieczorem, a bywa że i do północy lub dłużej, ma jeden dzień wolny w tygodniu. Zarabia w zależności od ilości sprzedanego towaru, z reguły wystarcza to na opłacenie pleśniejącego mieszkania, papierosy i piwo. Kontrahentami są przeważnie Rosjanie, dlatego pierwszym językiem na Laleli jest rosyjski. Faik zna Rosjan i rosyjski, ale najbardziej lubi Rosjanki i rosyjski alkohol. Mężczyźni w Turcji po prostu nie umieją być wierni – tłumaczy. Jak wielu innych młodych przybyszy ze wschodu kraju wcale nie chciał kurdyjskiej żony, gdyż podobno z tymi kobietami o niczym nie da się z porozmawiać, nic ich nie interesuje, gdyż zostały wychowane tylko po to, by prać, sprzątać i rodzić dzieci

 

Lena twierdzi jednak, że Faik jest dobry. Próbuję więc odnaleźć inny punkt widzenia, głębszy, a może po prostu łaskawszy. Kiedy zetrze się powierzchnię galanterii i chytrości, okazuje się, że Faik jest nieśmiały i małomówny. Wyemigrował do świata, który wydawał mu się lepszy, bogatszy, nie obciążony niezrozumiałymi zwyczajami przodków. Ale cały ten psychiczny bagaż powędrował za nim i Faik pozostał gdzieś w niezrozumiałym dla siebie samego „pomiędzy”. Dlatego bywa czasem, że jego galanteria przeradza się we wściekłość, a chytrość w okrucieństwo godzące w najbliższych. Zdarza się tak z nadmiaru rosyjskiej wódki, poczucia beznadziejności i w strachu przed jutrem, które wcale nie chce zmienić się samo, lecz przekornie wymaga wysiłku i woli. Jest Kurdem, a więc obywatelem drugiej kategorii, do czego jednak przyznaje się niechętnie i dopiero po paru rozcieńczonych coca colą kieliszkach. Pracuje w sklepie swoich krewnych, którzy też są przecież Kurdami, choć oficjalnie zwą się Turkami kurdyjskiego pochodzenia i wcale nie wyglądają na obywateli drugiej kategorii. Wręcz przeciwnie - powodzi im się całkiem nieźle. A w ogóle na pierwszy rzut oka wszyscy są tutaj szczęśliwymi Turkami. Tak przynajmniej głoszą napisy na ulicach i ułożone przez żołnierzy kamienie na wzgórzach w ojczyźnie Faika - Dogubayazıt. Z jakiego więc powodu miałoby mu się coś nie podobać?

 

W piwnicznym domu wisi oprawiony w szykowną ramę obraz przedstawiający królujący nad Doğubayazıt pałac wzniesiony na przełomie XVII i XVIII wieku przez kurdyjskiego wodza Ishaka Paşe. Budowla jest symbolem kurdyjskiej ojczyzny, jej mieszany styl opowiada o bogactwie tradycji i złożonej tożsamości Anatolii i jej mieszkańców. Identyczny obraz wisi w rodzinnym domu Faika, a także w domach wszystkich jego krewnych. Tu, w Stambule, jest łącznikiem między dwoma tak bardzo oddalonymi od siebie światami.

 

Dogubayazıt

 

Ojciec Faika jest poważny i wydaje się być surowy, ale tkwi w nim też zwykła ciekawość. Zaprasza mnie na herbatę, siedzę na jakichś paczkach pod jego bacznym wzrokiem. Wyciąga ze mnie różne informacje powoli, przełykając każdą z nich jak kolejny łyk herbaty.

 

- - Tamten świat, zachodni świat jest inny od nas – mówi po chwili twardym, może nawet zbytnio utwardzonym głosem. – Wy do niego należycie bez dwóch zdań, ale my nie. Tu ludzie nie chcą się dostosowywać. Mówią nam, że jesteśmy leniwi, że się nie staramy, ale to nie tak. My tutaj po prostu tego nie chcemy. Teraz możemy razem rozmawiać i się rozumiemy, ale tak naprawdę jesteśmy z innych światów i te światy nigdy się nie zrozumieją. Niech Zachód idzie swoją drogą, a Wschód swoją.

 

I mimo, że być może masz rację, ja wcale nie umiem postawić w tym miejscu finalnej kropki. To z pomocą Zachodu niektórzy Kurdowie starają się wpuścić odrobinę powietrza przez piwniczne okienko, podważyć kamienny ciężar niektórych obyczajów, dać ludziom świadomość własnej kultury i wartości, obudzić chęć budowania, a nie tylko niszczenia.

 

Inteligencja

 

Mehmed i Selahattin są jednymi z jej przedstawicieli. Dla obu pojęcia takie jak prawa człowieka czy demokracja stanowią coś w rodzaju wzorca i podpory, na której można próbować tworzyć własny ład i system wartości. Mehmed jest redaktorem wydawnictwa Doz i wychodzącego w języku tureckim czasopisma Serbesti (Wolny), w którym ukazują się artykuły poświęcone kurdyjskiej historii i kulturze, postulatom dotyczącym praw Kurdów w Turcji. Selahattin jest właścicielem kurdyjskiej księgarni w samym centrum Stambułu. Maleńkie pomieszczenie wciśnięte jest pomiędzy inne sklepy w dość ciemnym pasażu tak, że jeśli się o nim nie wie, niełatwo jest to miejsce odnaleźć. Jego księgarnia działa od 1997 roku, czyli mniej więcej od czasu, kiedy wydawanie i sprzedawanie kurdyjskich książek przestało już graniczyć z cudem, co nie znaczy bynajmniej, że stało się zajęciem bardzo popularnym, trudno powiedzieć też, by jego sklep odwiedzały tłumy. Selahattin ma w sobie jednak cichy, jakby koci spokój, satysfakcję kogoś, kto, mimo wielu problemów, z którymi ciągle przychodzi się borykać, ma poczucie sensu tego, co robi. Nawet, jeśli jest to sens wdrapującego się pod górę Syzyfa. Bo kiedy opuszczam pełną kolorowych okładek księgarnię i wracam do mojej ponurej piwnicy mam wrażenie rozdwojenia, zupełnej nieprzystawalności obu rzeczywistości, które zdają się nic o sobie wzajemnie nie wiedzieć. Świat pięknej, tak mało znanej kultury i bestia niewytłumaczalnej do końca beznadziejności i rozpadu, cechujących niestety niejeden kurdyjski dom.

 

Mimo upływu lat świat z mojego podziemia zmienia się bardzo niewiele. Te same meble, ten sam wirujący w powietrzu kurz, te same problemy i ten sam brak wyjścia. Najbardziej zadziwia mnie jednak zupełny brak zainteresowania tym co jest za oknem, rzeczywistością na zewnątrz, po tamtej stronie. Mimo otwartego okna i nie gasnącego ekranu telewizora, a nawet rządka książek na półce, rzeczywistość „spoza” zdaje się nie istnieć. Muszę wyjaśniać, dlaczego chcę się przejść, i że kupioną gazetę zamierzam przeczytać, zanim wykorzystam ją jako obrus. A może inercja i zamknięcie są reakcją na wszędobylską i ekspansywną europejską wścibskość i ciągłe nerwowe czymś zainteresowanie? Dlatego nigdy o zbyt wiele nie wypytuję, czekam, aż fragmenty różnych historii same się ułożą.

 

I nade wszystko dowierzam cierpliwemu pięciokrotnemu nawoływaniu, przedkładając go nad rozpowszechnione tu dziś szklane wieżowce i inne, obiecujące świetlaną przyszłość europejskie gadżety.

 



Artykuły publikowane na stronie niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko KCIiD.