Artykuły

Wyjście z martwego punktu do punktu wyjścia

Źródło: krg.org, kurdmedia;
Opracował: Krzysztof Lalik

Iracki parlament przełamał wreszcie kilkumiesięczny kryzys współpracy pomiędzy najliczniejszymi blokami politycznymi i powołał nowego prezydenta, premiera i przewodniczącego izby.

Sobota 22 kwietnia była doniosłym dniem dla irackiej sceny politycznej. Prawie cała akcja rozgrywała się w irackim parlamencie, który od czasu grudniowych wyborów przeżywał poważny impas w sprawie powołania przedstawicieli najważniejszych organów władzy: premiera i prezydenta, choć wokół tego ostatniego, pełniącego w zasadzie tylko funkcje reprezentacyjne, nie było aż tylu kontrowersji, co w przypadku szefa rządu, który jest faktyczną głową państwa. Pierwsza sesja nowego parlamentu odbyła się dopiero w połowie marca, ale zakulisowe rozmowy o nowych władzach toczyły się już co najmniej od stycznia, kiedy ogłoszono wiarygodne wyniki grudniowych wyborów. Wygrali w nich zdecydowanie szyici (Zjednoczony Sojusz Iracki - 128 mandatów), nie osiągając jednak bezwzględnej większości, by móc rządzić samodzielnie. Znaczący sukces odnotowali wtedy również Kurdowie (Sojusz Kurdystanu -53 + Islamska Unia Kurdystanu - 5) i arabskie partie sunnickie (w sumie 59 miejsc), które w lutym utworzyły wspólną koalicję z Iracką Listą Narodową b. premiera Ijada Alawiego (25), stawszy się drugą co do wielkości siłą w izbie.

Powoływaniu nowych najwyższych władz państwowych od początku przyświecał zamiar takiego ich przydziału, by żadna z partii, dysponująca znaczącym poparciem Irakijczyków, nie poczuła się zmarginalizowana i skazana na dochodzenie swoich praw drogą przemocy. Chodziło tu przede wszystkim o ugrupowania arabskich sunnitów, które cieszą się zaufaniem wielu dowódców rebeliantów. Zatem tylko włączenie ich w struktury nie obsadzonej jeszcze władzy wykonawczej może uśmierzyć gniew bojowników, a przynajmniej powstrzymać ich przed stosowaniem przemocy skuteczniej niż czynią to amerykańskie ofensywy wojskowe.

Wiedzą to również Amerykanie, którzy od momentu ogłoszenia wyników grudniowych wyborów nawoływali do utworzenia rządu jedności narodowej, a nawet ostrzegali irackich polityków ustami ambasadora USA w Bagdadzie, Zalmaya Khalilzada, że Waszyngton nie będzie finansował instytucji, których szefowie faworyzują swoją społeczność kosztem pozostałych. Chodziło tu głównie o irackie resorty obrony i bezpieczeństwa, na które USA każdego roku wydają miliardy dolarów. Rząd jedności narodowej mógłby zapobiec wybuchowi wojny domowej, której widmo krążyło nad Irakiem przez ostatnie cztery miesiące, a która groziłaby jego rozpadem na dwa lub trzy państwa, a tego Waszyngton chce uniknąć za wszelką cenę.

Za powołaniem rządu jedności narodowej opowiada się też konsekwentnie wielki autorytet szyitów, ajatollah Ali as-Sistani, który już wcześniejszymi deklaracjami niejednokrotnie dawał wyraz swemu pragnieniu, by irackie państwo wyszło wreszcie z chaosu i zaczęło się w spokoju samodzielnie rządzić.

Wczorajsze postanowienia parlamentu dowodzą, że większość irackich przywódców zrozumiała, iż najlepszą drogą do skutecznego rządzenia państwem jest czynienie tego w oparciu o rząd jedności narodowej.

Pierwszą decyzją deputowanych, która zwiastowała taką właśnie politykę, był wybór na przewodniczącego parlamentu Mahmuda Al-Mashhadaniego z Irackiego Frontu Zgody. Za czasów Saddama był on oficerem wojskowej służby medycznej, lecz później został aresztowany za przyłączenie się do nielegalnej organizacji islamskiej. Zastępcami Al-Mashhadaniego zostali szyita Khalid al-Attijah oraz Kurd Aref Tajfour.

Prezydentem Iraku został ponownie wybrany Dżalal Talabani, niemal równo rok temu powołany na tymczasową prezydencję (6 kwietnia 2005 roku). On też był najpoważniejszym kandydatem na to stanowisko.

Dżalal Talabani jest Kurdem, z wykształcenia prawnikiem. W 1975 roku założył Patriotyczną Unię Kurdystanu, która stała się drugą co do wielkości partią kurdyjską obok ugrupowania sławnego Mustafy Barzaniego - Demokratycznej Partii Kurdystanu. Po wojnie w Zatoce Perskiej w 1991 roku Talabani rywalizował z liderem DPK Massudem Barzanim o kontrolę nad Autonomicznym Regionem Kurdystanu. Pokój zawarli oni dzięki mediacjom Amerykanów w 1998 roku , ale ostateczne zakończenie długoletniego konfliktu i podziałów w Kurdystanie przyniosło dopiero podpisane 21 stycznia 2006 roku "Porozumienia o zjednoczeniu administracyjnym Rządu Regionalnego Kurdystanu".

Największym osiągnięciem posłów na sobotniej sesji parlamentu w Bagdadzie wydaje się jednak ich zgoda na kandydata na premiera, którym został Dżawad al-Maliki, a którego w piątek zaproponował Zjednoczony Sojusz Iracki, a następnie desygnował na to stanowisko prezydent Dżalal Talabani. Al-Maliki to bliski współpracownik dotychczasowego premiera Ibrahima Daafariego (oboje zasiadaja w kierownictwie parti Dawa - Zew Islamu), który jednak nie mógł się doczekać na poparcie ze strony tak sunnitów, jak i Kurdów. Ci pierwsi zarzucali Dżaafariemu tolerowanie szyickich bojówek, które prześladują sunnickich przywódców, a Kurdowie uważają, że sabotował on ich próby pomyślnego dla nich uregulowania statusu zasobnego w ropę Kirkuku.

Przed al-Malikim stoi teraz trudne zadanie takiego sformowania rządu, by obsada poszczególnych resortów nie budziła stanowczego sprzeciwu formacji kurdyjskich i arabskich sunnitów, o szyitach i ugrupowaniu Muktady as-Sadra nie wspominając. Chodzi tu głównie o ministerstwa kluczowe dla gospodarki, suwerenności i bezpieczeństwa kraju czyli resorty ropy naftowej, obrony i spraw wewnętrznych. Oczywiście, wiele zależy też od ustosunkowania się nowego premiera do kwestii priorytetowych dla Kurdów, czyli m.in. kontroli nad nowymi złożami roponośnymi w Kurdystanie i określenia statusu Kirkuku, oraz sunnickich Arabów - ich udziału w administracji państwowej i wycofania obcych wojsk z Iraku.

Obsada stanowisk prezydenta, premiera i przewodniczącego parlamentu pokazuje z jednej strony, że irackie partie są w stanie dojść do kompromisu i zadowalającego porozumienia, a z drugiej - że w realiach irackich mrzonką okazują się wizje niektórych polityków amerykańskich, którzy życzyli sobie, by władza w Bagdadzie nie była przydzielana według klucza etnicznego czy religijnego, co na poszczególnych resortach pozostawiałoby "etykietkę" szyicki, kurdyjski lub sunnicki, nie służąc w ten sposób pojednaniu narodowemu i państwu z silną władzą centralną, o jakie przez ostatnie lata wyraźnie zabiegał Waszyngton. Podziały na arabskich szyitów i sunnitów oraz na Kurdów istnieją realnie i wyznaczają nie tylko granice socjologicznie pojmowanej etniczności, narodowości czy wyznania, które przecież same z siebie nie są skazane na nieustający antagonizm i podejrzliwość, ale również grup interesu i pozycji poszczególnych społeczności we własnym państwie.

Powołanie wymienionych osób na wysokie urzędy jest niewątpliwie przełamaniem prawie czteromiesięcznego pata na irackiej szachownicy, ale nie można powiedzieć jeszcze, żeby to był krok milowy w kierunku naprawy państwa. Jest to raczej zbiórka na starcie przed kolejnym etapem rozwoju irackiej państwowości i demokracji, który po wyborach powszechnych, leży w rękach przede wszystkim przywódców irackich.


Artykuły publikowane na stronie niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko KCIiD.