Gniew tłumów, radość i zmartwienie polityków

Karykatury Mahometa oprócz sporów ideologicznych obudziły również antagonizmy polityczne drzemiące na pograniczu cywilizacyjnym pomiędzy tzw. Zachodem, a muzułmańskim Bliskim i Dalekim Wschodem.

Felieton polityczny wokół karykatur Mahometa

Krzysztof Lalik


Ktoś może utrzymywać, że publikowanie obrazoburczych karykatur miało dać muzułmanom lekcję wolności słowa. I dało, tyle, że nauczyciel był mało przekonujący, a w końcu tak się zaplątał we własnych tłumaczeniach, że chyba sam zaczął wątpić w to czego i kogo chciał nauczyć. Bo czy porywanie się na kontynuowanie owych publikacji wbrew powszechnemu oburzeniu w świecie muzułmańskim, i dodajmy również w Europie, nie było próbą wpojenia muzułmanom "na siłę" przekonania o uniwersalizmie wolności słowa? Czy nie jest naiwnością sądzenie, że prezentowanie wolności wypowiedzi w sposób uwłaczający odczuciom religijnym i etycznym setek milionów ludzi, to dobra reklama wolności? Pojawia się więc pytanie: o co tak naprawdę chodziło? - o skandal, zwiększenie nakładu gazet, wzniecenie większej niechęci do islamskich imigrantów w Danii, by nie powtórzyła się tam dramatyczna sytuacja buntów młodych muzułmanów, jak to miało miejsce w Paryżu jesienią zeszłego roku? Trudno jednoznacznie wyrokować co do intencji, jakimi kierowały się w tym przypadku poszczególne redakcje; zapewne część z nich chciała bronić słusznej sprawy wolności wypowiedzi, ale obrała dosyć amatorską i niepewną linię obrony. Z większym natomiast prawdopodobieństwem możemy się wypowiadać na temat skutków politycznych tych publikacji. Poniżej postarałem się streścić je do kilku wniosków.

Pragnę na wstępie zaznaczyć, że islam rzeczywiście przeżywa obecnie pewien kryzys związany z globalizacją i często się radykalizuje, ale dzieje się tak w dużej mierze na skutek upokorzenia, jakiego doznają muzułmanie ze strony krajów rozwiniętych, które tolerują skorumpowane reżimy arabskie, a też z powodu własnego zacofania gospodarczego. Jeśli więc ktoś chciałby naprawdę pomóc krajom muzułmańskim, to skuteczniejszą do tego drogą od pokpiwania z ich religii byłyby wysiłki na rzecz zmniejszenia zapaści gospodarczej, dzielącej Bliski Wschód od reszty świata, i skuteczniejsza promocja w tych krajach rozwiązań demokratycznych, które sprawdzają się na Zachodzie.

Trudno nie dostrzec, że zamieszki i demonstracje w krajach muzułmańskich, aczkolwiek w mniemaniu większości ich uczestników traktowane zapewne jako wyraz "słusznego gniewu" na obrazoburcze rysunki, były w wielu przypadkach inspirowane politycznie. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że protesty w świecie muzułmańskim zaczęły się dopiero prawie cztery miesiące po publikacji karykatur Mahometa w duńskim "Jyllands-Posten"? Takie tempo rozchodzenia się wiadomości byłoby zrozumiałe w epoce konnych posłańców, ale nie w erze globalizacji informacji. Dlaczego więc te złe wieści ujrzały światło dzienne dopiero teraz, bo sam fakt przedruków, uważam, miał tu w zasadzie znaczenie wtórne (były one przecież reakcją na protesty muzułmanów postrzegane jako próba nacisku na wolne media zachodnie)?

Spójrzmy na kalendarz wydarzeń poprzedzających skandal z karykaturami. Od miesięcy zaostrza się spór wokół irańskiego programu wzbogacania uranu. Prezydent Iranu zarzeka się, że jego kraj pragnie rozwijać ów program tylko dla celów pokojowych, ale jednocześnie nawołuje do wymazania Izraela z mapy świata. Ten ostatni cel od dawna przyświecał również bojownikom z Islamskiego Ruchu Oporu (Hamas), które w styczniowych wyborach w Autonomii Palestyńskiej zdobyło większość w parlamencie. Zaalarmowane taką niewdzięcznością młodej demokracji islamskiej Stany Zjednoczone i Unia Europejska zagroziły odcięciem funduszy wspierających rozwój instytucji demokratycznych i administracyjnych w Palestynie, a nawet bojkot nowych władz. Hamas figuruje przecież na liście organizacji terrorystycznych w USA i UE. W tej sytuacji zacieśniającego się kręgu międzynarodowej izolacji wokół Hamasu i Iranu, karykatury Mahometa w zachodniej prasie były prezentem, który świetnie nadawał się do użytku propagandowego. Pomógł w zjednoczeniu prawie całego świata muzułmańskiego przeciwko "bezbożnej" i zuchwałej Europie, dając większą legitymizację władzy Hamasowi i prezydentowi Ahmadinedżadowi, tak wewnątrz, jak i w świecie muzułmańskim, bo zbuntowane tłumy zawsze potrzebowały silnych zwierzchników. Z tego względu zrozumiałe jest dlaczego najgłośniejsze protesty miały miejsce w tych państwach, gdzie panuje autorytarny system rządów: w Syrii prezydenta Asada, w Pakistanie i Arabii Saudyjskiej rządzonej przez książęcy klan Saudów. Okazały się one przydatne dla skanalizowania niezadowolenia swych obywateli z niewydolności i nadużyć własnego aparatu państwowego. W krajach tych Dania urosła do rangi "drugiego Izraela". Oczywiście protesty pozwoliły też na zmobilizowanie elektoratu przegranego w ostatnich wyborach Fatahu, który na wieść o karykaturach też nie próżnował.

Zauważmy jak nieprzemyślana publikacja potrafiła pogorszyć opinię w świecie arabskim czy szerzej muzułmańskim nie tylko Danii, której organizacje są zaangażowane w niesienie pomocy humanitarnej na Zachodnim Brzegu, ale również Francji, państwa, które najmocniej sprzeciwiało się wojnie w Iraku, krytykując po dziś dzień "imperialistyczne" zapędy prezydenta Busha i broniąc wolności Irakijczyków i suwerenności ich kraju.

Jeśli zaś chodzi o zamieszki w Bejrucie, to podejrzenie, iż inspirowały je syryjskie służby specjalne, miałoby swe logiczne uzasadnienie. Damaszkowi mogłoby zależeć, aby w trakcie toczącego się dochodzenia w sprawie zabójstwa w lutym zeszłego roku byłego premiera Libanu Rafika Hariri, odsunąć uwagę od wstydliwych faktów i jednocześnie odzyskiwać powoli utracone wpływy polityczne u swego sąsiada. Wymykające się spod kontroli zamieszki w Bejrucie, kompromitujące Liban w oczach zachodnich dyplomatów i własnych obywateli, mogłyby znacznie podkopać poparcie Libańczyków dla niechętnej Damaszkowi ekipy rządącej, która nie jest w stanie zapanować nad w większości młodą grupą demonstrantów. A stąd droga do wymiany tej ekipy w przyszłych wyborach na bardziej przychylną Syrii już znacznie bliższa.

Jak na prawdziwą historię geopolityczną przystało, na scenie w końcu pojawiły się światowe mocarstwa. Rosja, która na początku roku sparzyła sobie dłonie zakręcając kurki z gazem dla Ukrainy, ku ponownemu zdziwieniu Zachodu, wyciąga je teraz w stronę Hamasu. Korzysta tutaj z okazji, że rola Stanów Zjednoczonych i Europy jako mediatora w procesie bliskowschodnim w ciągu ostatnich miesięcy znacznie ucierpiała.

Jeśli Europa nie wyjdzie z całej tej awantury mądrzejsza, to jej rywale na scenie międzynarodowej będą mogli w przyszłości łatwo sprowokować jej - szczycącą się wolnością słowa - prasę, by wywołała kolejną rundę starcia cywilizacyjnego pomiędzy Zachodem, a światem islamskim. Europa powinna nie dać się szantażować nie tylko ekstremistom islamskim, ale również graczom postronnym, dla których trwanie konfliktu europejsko-muzułmańskiego będzie dobrą okazją do nakłaniania Brukseli i innych europejskich stolic do kolejnych ustępstw i przejmowania opustoszałych po nich rynków bliskowschodnich. A Europa będzie miała z czego ustępować, bo potrzebuje dużo gazu i jeszcze więcej ropy, a prawie połowę tych surowców czerpie z Rosji i krajów Bliskiego Wschodu.


Artykuły publikowane na stronie niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko KCIiD.